
Wybrałam się na Podlasie w nadziei na odkrycie wątków, które by wprowadziły nowe znaczenia do mojego genogramu. Wysłuchałam różnych wspomnień, głównie anegdot.
Szukałam czegoś co zbuduje spójny obraz, spójne rozumienie przodków, którzy tutaj żyli od zawsze, tutaj czyli w okolicach Cisówki – wioski na końcu świata. Ostatniej stacji przed granicą. Ciekawą perspektywę nakreślił kuzyn, miłośnik tych stron, perspektywa ta była iście panoramiczna, od stworzenia świata niemalże do współczesności. Bardzo mnie ta wizja urzekła, a nawet opętała. Stojąc w miejscu gdzie dziadkowe postawili swój dom wyobrażam sobie te wszystkie warstwy, które po kolei tworzyły środowisko kształtujące podlaski genotyp. Poszperałam w intrenecie, przepuściłam przez wyobraźnię i namalowałam własny obraz, miejscami nawet trochę panoramiczny. Kolejne warstwy historii nie zastępują poprzednich, tylko osadzają się na nich jak kolejne warstwy gleby.

Wszystko zaczęło się od oceanu. Pierwsza warstwa jest oceaniczna. Prastare morza przetaczały tutaj olbrzymie masy wody cierpliwie formując materię. Drobinki piasku, wapnia i minerałów mieszały się tworząc matryce dla gleby. Dzisiejsza sucha stopa, którą dotykam trawy przy drewnianym domu, wciąż stoi na dnie dawnego oceanu. Morza nie zniknęły stąd całkowicie, przefiltrowane przez wieki, zamieniły się w wilgoć tutejszych mgieł, w podziemne cieki pod stopami i w specyficzną miękkość ziemi.
Potem przyszedł lądolód. W następnym akcie na scenę wkroczył lądolód. Nie wydaje się, żeby była to spokojna zmiana dekoracji, raczej był to napór lodu mielący po drodze wszystko co napotkał. Lodowiec przyniósł kamienie, wymodelował wzgórza, pozostawił piaski, zatrzymał wodę w zagłębieniach, wyznaczył przyszłe doliny. Cofający się lodowiec zostawił po sobie glebę trudną i kapryśną – piaszczystą, kwasową, przepuszczalną. Stworzył krajobraz o płaskim, otwartym horyzoncie. Dzięki temu niebo nad tutejszymi domami wydaje się niesamowicie szerokie, głębokie i wysokie.

Czas puszczy. Kolejna warstwa jest warstwą żywą. Na ubogich, kwaśnych, przesiąkniętych wilgocią piaskach zakorzenił się bór. Potężne, ciemne lasy sosnowo świerkowe, swoimi korzeniami trwale spowiły lodowcowe osady, tworząc unikalny, samoregulujący się organizm Puszczy. Martwy pył stał się glebą rodzącą potęgę. Puszcza parowała igliwiem, gnijącą korą, mchem i mokrym runem. Puszcza nie była tylko zbiorem drzew. Była organizmem żyjącym własnym rytmem. Wszystko miało tu swój czas: kiełkowanie, wzrost, obumieranie i powrót do ziemi. To, co opadło jesienią, stawało się pokarmem dla nowego życia. W lesie nic nie znikało naprawdę.
Anatomia pogranicza i słowo „tutejszy” Z czasem puszcza zaczęła się cofać. Nie oddawała jednak pola łatwo, ustępowała pod naciskiem wąskich, nieregularnych polan. W tym leśnym tyglu pojawiły się pierwsze osady, a z nimi niezwykła ludzka mozaika. Na tej samej piaszczystej ziemi spotkały się językowe i religijne światy: katolicy, prawosławni, Żydzi z pobliskich miasteczek i osadnicy z różnych stron. Przeplatały się tu dwie modlitwy – łacińska zgiełkliwość i wschodnia liturgia, w której brak ławek uczył pokory stoickiego trwania na nogach.
Na co dzień nikt tu jednak nie żył politycznymi doktrynami ani teologicznymi sporami. Tutejsza społeczność stworzyła własny, żywy i dynamiczny balans. Był to tętniący kolektyw, połączony surową logicznością wiejskiego życia: wspólne żniwa, sąsiedzka pomoc przy budowie chaty, handel i szacunek dla cudzego święta. Gdy w prawosławne święto jedni odpoczywali, drudzy uszanowali ich ciszę; gdy zbliżał się czas żniw, liczyły się tylko ręce do pracy, a nie to, do której świątyni ktoś chodzi w niedzielę.
W reakcji na roszczenia kolejnych królestw i carstw tutejszy człowiek wykształcił unikalny język „po prostu”. Nie był to błąd językowy, ale plastyczny pancerz. Na pytanie o narodowość i tożsamość przez pokolenia odpowiadano krótko: „Jestem tutejszy”. Niejednokrotnie zdarzało się, że w dowodzie ludzie stąd mieli wpisane „tutejszy”.

Geometria kolonii W XIX wieku carski aparat postanowił zgeometryzować podlaską duszę. Uwłaszczenie i komasacja gruntów rozbiły zwarte wsie. Wytyczono kolonie – samotnicze gospodarstwa rzucone wprost na skraj pól i puszczy. Tak powstała kolonia Cisówka. To wtedy w genotyp przodków wpisało się życie „na osobności” – bezpieczny dystans od sąsiada i jeszcze większa nieufność do każdej władzy, która przychodzi z zewnątrz tylko po to, by coś zabrać: podatki, synów do wojska na dwadzieścia pięć lat albo wolność korzystania z lasu. Przodkowie przyjęli taktykę przetrwania: przytakiwanie urzędnikowi na progu, a robienie swojego, gdy tylko ten odwróci się na pięcie.
Pamięć traumy: Rok 1915 i wymazane imiona I wtedy nadszedł sierpień 1915 roku. Bieżeństwo. Wygnanie, ucieczka na wschód przed idącym frontem i taktyką spalonej ziemi. W pięć minut trzeba było spakować całe życie na jeden wóz i ruszyć w „drogę krzyży” – tysiące kilometrów pyłu, tyfusu i głodu. Mój dziadek Mikołaj miał wtedy dwa lata. Trafili aż za Ural, nad lodowaty Jenisej, gdzie w osamotnieniu zbierano węgiel z torów i gdzie na zawsze zostały dzieci prababci Tatiany pochowane w płytkich grobach przy drodze.
Gdy ocalali wrócili po latach, zastali tylko pogorzelisko, „ni kołka, ni płotka”. Nieopłakana trauma przekształciła się w transgeneracyjny nawyk: kiedy świat się wali, nie płacz, nie szukaj wsparcia, tylko bierz się za robotę i stawiaj nowy dom.

Sztuczna woda i retencja wspomnień Jakby dwóch wojen światowych i ruin Linii Mołotowa było mało, lata 70. XX wieku przyniosły kolejną apokalipsę. Spiętrzenie wód Narwi i budowa Zalewu Siemianówka. Państwowe Superego zdecydowało o zatopieniu całych wsi. Dwa pokolenia tej samej rodziny znów musiały patrzeć na znikanie swojego świata tym razem pod wodami sztucznego jeziora.
Uciekinierzy w bruzdach i ciągłość cieni. Podczas II wojny światowej i całkiem niedawno, a nawet obecnie podlaskie pola i zakamarki leśnych kolonii stawały się kryjówką dla uciekinierów, łączników czy ofiar politycznych roszad, przemykających chyłkiem pod osłoną nocy. Ziemia znowu uczyła milczenia: dostrzec postać umykającą bruzdą zbóż i odwrócić wzrok, postawić na przypiecku miskę z chlebem i nie pytać o imię ani wiarę.
Konsekwencją tej wiecznej ucieczki była równie wieczna obecność wojska. Mundury zmieniały kroje, godła i języki – od carskich strażnic, przez niemieckie patrole i sowiecką straż graniczną, aż po współczesne posterunki i ciągły warkot wojskowych pojazdów. Mundur na horyzoncie i cień przemykającego pod płotem uciekiniera stały się tu tak samo naturalnym elementem krajobrazu jak pnie sosen. Krajobrazem nawykłym do tego, że granica to nie linia na mapie, ale wieczny stan pogotowia.
Dzika rekolonizacja. Gdy przyroda odzyskuje ziemię. A jednak dzisiaj ta sama historia zatacza niesamowity kołowy ruch. Ludzkie żywioły ucichły, polityczny zgiełk przebrzmiał, wieś opustoszała, a tam, gdzie człowiek się cofa, natychmiast wkracza potężny żywioł natury. Zalew Siemianówka – niegdyś dramatycznie narzucony sztuczny twór – zamienił się w bezkresne, tętniące życiem królestwo i raj dla tysięcy ptaków. Nad wodami krążą bieliki, w trzcinach gnieżdżą się czaple i kormorany, a jesienne klucze żurawi wypełniają szerokie niebo głośnym klangorem.

Przyroda powoli i bezszelestnie kolonizuje opuszczone wsie i stare podwórka. Zwierzęta, coraz śmielej wkraczają między domostwa. Żubry staja się częścią krajobrazu, jelenie pasą się w opuszczonych sadach, a wilki i lisy bez lęku przemierzają skraje dawnych pól. Dzikość nie tyle wraca, co łagodnie otula to, co po nas zostaje.
Co po tym wszystkim zostaje we krwi? Stoję na tym podwórku, pod głębokim, otwartym niebem, na skraju toru kolejowego biegnącego na Wschód i patrząc na pola myślę o tym genialnie wyostrzonym, uwarunkowanym wiekami mechanizmie adaptacyjnym. Nieufność do wielkich narracji geopolitycznych. Zmysłowa czujność na to, co pod nogami. Oraz to głębokie, przekonanie: że niezależnie od tego, czy zaleje cię prastary ocean, zgniecie lądolód, wywiezie car na Syberię, czy przesiedli budowa zbiornika retencyjnego – w poniedziałek rano i tak trzeba wstać, posadzić ziemniaki i po prostu żyć dalej.





Dodaj komentarz