Okruchy Breslau. Rozmowa o pamięci, lojalności i odzyskiwaniu siebie

Zaczęło się niewinnie: obejrzałyśmy „Breslau”, a skończyłyśmy śledząc… własne historie rodzinne.
Wrocław ma to do siebie, że im dłużej po nim chodzisz, tym wyraźniej czujesz, że stoisz na czyjejś dawnej opowieści. I zanim się obejrzałyśmy, byłyśmy po uszy w pytaniach o to, jak się żyje w miejscu, które najpierw było czyimś innym.
I co z tego dla nas wynika.

Anna Mazurczyk: Oglądałyśmy ostatnio serial kryminalny „Breslau”. I wiesz co? Oprócz śledzenia wątku seryjnego mordercy i wszystkich perypetii bohaterów, pochłonęło mnie coś innego – to, jak film łączy niemieckie Breslau ze współczesnym Wrocławiem. Naszym miastem. Wielowątkowym, wielokulturowym, utkanym z historii i miejskich legend, czasem jasnych, czasem mrocznych. Miastem krasnali i kryminałów.

I w tym wszystkim zaczęłam myśleć o lojalnościach rodzinnych,  zasadach, które potrafią budować poczucie bezpieczeństwa, ale też szarpać i ograniczać nasz żywy potencjał. Tak jak Breslau skrywa swoje tajemnice w wąskich uliczkach i starych kamienicach, tak rodzina ukrywa swoje niewypowiedziane prawa, które trzeba najpierw odkryć, żeby zrozumieć, kim jesteśmy.

Agnieszka Helwing-Brodala: Mnie w serialu urzekło przedwojenne moje miasto. Pomyślałam, że mało znam jego historię, a jakże ona jest ciekawa. Przypomniałam sobie jak trudno mi było słuchać historii mojej rodziny, która do Wrocławia przyjechała w 1946 roku z wywózki na Sybir. Wiele lat te opowieści zupełnie nie zostawały mi w głowie, bardzo szybko zapominałam o faktach z życia moich dziadków. I to chyba wiąże się z tym, co napisałaś – te ukryte prawa, które trzeba odkryć, to mogą być traumy, które zamykają możliwość myślenia i mówienia o nich. Niewypowiedziane, bo nie do pomieszczenia w umysłach tych, którzy przetrwali.

AM: W takich sytuacjach dzieci potrafią czuć ciężar, nawet jeśli nie znają historii. Wyczuwają ją w powietrzu domu, w drobnych zawahaniach głosu, w sposobie, w jaki dorośli reagują na słowa czy milczenie. Dziecko nie wie, o co chodzi, ale coś w nim się napina, jakby próbowało utrzymać równowagę w miejscu, gdzie emocje płyną podskórnym nurtem. Zaczyna nosić w sobie lęki, smutki, czasem poczucie winy, bez wyraźnego powodu. Te niewypowiedziane historie żyją pod powierzchnią – pulsują, drgają, czekają. Szukają ujścia: czasem wydostają się w snach, innym razem w ciele, w napięciach, których nie sposób wytłumaczyć. Bywa, że odradzają się w zachowaniach kolejnych pokoleń, jak echo dawnych przeżyć.

Ukryte lojalności mają w sobie niezwykłą moc,  potrafią łączyć w sposób głęboki, niemal święty, ale też więzić, gdy stają się zbyt ciasne. Są jak cienkie, niewidzialne nici, które spajają dziecko z historią rodziny, nawet wtedy, gdy ono samo chciałoby pójść w zupełnie inną stronę.

AHB: Tak, wielokrotnie się o tym przekonałam – we własnej historii jak również w gabinecie, z osobami, z którymi pracuję. To, co niejasne, niewypowiedziane i ukryte przed świadomością bardzo silnie wpływa na obecne funkcjonowanie, myślenie, przeżywanie.  Zapomniane czy przemilczane przeżycia domagają się odkrycia poprzez symptomy choroby, nerwice, depresje czy objawy psychosomatyczne. Człowiek potrzebuje być jednością – wszystkie wyparte części dadzą prędzej czy później o sobie znać. Ale Ty to nazywasz lojalnością rodzinną – co rozumiesz pod tym pojęciem?

AM:  Najprościej mówiąc, lojalność to pewien rodzaj niewidzialnej równowagi między dawaniem a otrzymywaniem w relacjach. Każda rodzina ma swój własny, niepisany system rachunków. Ktoś komuś coś zawdzięcza, ktoś inny poświęcił więcej, ktoś został pominięty. Te subtelne rozliczenia kształtują sposób, w jaki wchodzimy w więzi, jak kochamy, pomagamy, milczymy albo się oddalamy.

Dziecko, które dorasta w takiej sieci zależności, bardzo wcześnie wchodzi w relacyjny układ lojalności. Czuje, że komuś coś „należy się”, że trzeba wyrównać. Może więc wziąć na siebie cierpienie matki, zrezygnować z własnych potrzeb, żeby ulżyć ojcu, próbować „zrekompensować” stratę z wcześniejszego pokolenia. To się dzieje bez słów – jakby z miłości i poczucia sprawiedliwości.

W terapii systemowej mówi się, że taka lojalność ma dwa oblicza: lojalność zdrową i lojalność skrzywioną. Zdrowa opiera się na wdzięczności, wzajemności i szacunku – pozwala zachować więź, ale też rozwijać własne życie. Skrzywiona pojawia się wtedy, gdy dziecko musi płacić za coś, co nie było jego winą, albo spłacać dług, którego nigdy nie zaciągnęło.

Lojalność to dla mnie też bycie zaczepianym przez historie na które się nie miało wpływu, ale one mają wpływ na nas. Czasem mam wrażenie, że żyję na styku historii. Mieszkam przy dawnym cmentarzu niemieckim, po drugiej stronie ulicy jest stary cmentarz żydowski. Dziś to zielony park, miejsce zabaw dla dzieci, spacerów, relaksu i sportu. A jednak spod ziemi wciąż patrzy Breslau. Czasem w postaci fragmentu muru, innym razem fragmentu pomnika z czyjegoś grobu. Przeszłość nie znika, przenika do teraźniejszości. Wciąż tu jest, tylko w innej formie.

Tak samo jest z rodzinną pamięcią. To, co niewypowiedziane, to o czym się nie mówiło „dla świętego spokoju” nie znika. Krąży. Przemienia się w nastroje, w niejasne napięcia, w delikatne uniki rozmów. Milczenie wokół mniejszych i większych wykroczeń, win i krzywd, staje się jak mgła, która osiada w kolejnych pokoleniach. Nie widzimy jej, ale oddychamy nią.

Myślę, że właśnie tak działają lojalności rodzinne, są jak cmentarze pod parkami. Zakryte, ale obecne. Trzymają za kostkę,  jakby przypominały: nie wszystko zostało domknięte.

Jak myślisz, czy to „trzymanie za kostkę” można potraktować też jako zaproszenie, nie tylko do rozliczenia się z przeszłością, ale do spotkania z nią? Może czasem to, co nas ciągnie w dół, wcale nie chce nas uwięzić, tylko zostać wreszcie zauważone?

AHB: Tak, z pewnością. Nie każdy jednak na to się zdecyduje, bo to jest ciężka praca, obarczona sporym cierpieniem – dotykać swoich traum, włączać do świadomości dawno wyparte czy zaprzeczone bolesne części siebie. To przygoda dla odważnych…

AM: Albo takich, którzy czują, że nie mają wyjścia. Muszą coś zmienić, zrozumieć, bo nie mają siły tkwić w bolesnym i niezrozumiałym.

 AHB: Nadzieję może dawać myśl, że da się to przejść, że są ludzie, którzy wyszli z niezrozumiałego i przytłaczającego wewnętrznego stanu do poczucia sprawczości, lepszego rozumienia i akceptacji siebie, poczucia większej siły. To nie dzieje się szybko, niejednokrotnie jest trudne, ale jest możliwe.

AM: Myślę sobie, że rodzimy się nie tylko w rodzinach, które mają swoją jawną i niejawną historię, ale też w miejscach, które coś pamiętają. Wróćmy do Breslau. Ostatnio odwiedziłyśmy kawiarnię miłośnika starych artefaktów, Cafe Angelus. Rozmowa z właścicielem, Adamem Marecikiem, potoczyła się w zaskakującym kierunku. Nasz refleksyjny dygot, ta potrzeba szukania sensu i śladów, została ostudzona słowami: „Nie ma w tym żadnej głębi.”

I paradoksalnie, to mnie poruszyło. Bo może właśnie w tym nie ma głębi jest jakaś inna głębia? Adam przez lata zbierał znalezione przypadkiem na spacerze z psem przedmioty – kawałki porcelany, metalowe klamki, fragmenty talerzy, guziki. Nic wielkiego, nic co nadawałoby się do muzeum. Po prostu rzeczy, które go zatrzymały i sprawiały, że wyjścia z psem stały się przygodą. Nie wiedział po co, nie miał planu, ale nie potrafił ich wyrzucić. A potem powstała z tego kawiarnia. Miejsce, gdzie te fragmenty dawnych żyć dostały nowe światło, nowy kontekst.

Pomyślałam wtedy o słowach Joanny Chmarzyńskiej-Golińskiej, że przemiana psychiczna nie zawsze postępuje liniowo. Często krąży, zawraca, przemyka niepostrzeżenie — jak sen, który nas śni. Niby nic się nie dzieje, a jednak coś się przekształca w środku.

Te „wewnętrzne ruchy przekształcające” mają w sobie coś z ruchu Adama, zbierania okruchów, które go przyciągają, zanim jeszcze zrozumie dlaczego. One też wymagają przestrzeni, cierpliwości i zaufania. Nie znoszą presji, nie lubią pośpiechu. Działają wtedy, kiedy możemy po prostu być w kontakcie z tym, co nas dotyka, choć jeszcze nie umiemy tego nazwać.

Może właśnie tak działa pamięć miejsc i rodzin. Najpierw przyciąga nas jakiś szczegół – kawałek muru, porcelanowy guzik. I zanim zdążymy zrozumieć, jesteśmy już w środku tej opowieści.

AHB: Podoba mi się stwierdzenie “wewnętrzne ruchy przekształcające” i że one wymagają “przestrzeni, cierpliwości i zaufania”.

Ja to kojarzę z gabinetowym doświadczeniem, kiedy pacjenci mówią: “nie wiem jak to działa, co się takiego stało, ale jest we mnie teraz więcej spokoju”. I jak Cię czytam, to pomyślałam, że odnajdywanie tych artefaktów może dawać pewien rodzaj ukojenia, jak integrowanie dawno zapomnianych lub głęboko ukrytych części siebie. Te kawałki, drobne przedmioty, są symbolem czegoś nienazwanego, ale na głębszym, intuicyjnym poziomie, wyraźnie odczuwanego – że to ważne, że to jest część jakiejś większej całości i dlatego jest warte zachowania pamięci o tym.

Słuchałam ostatnio podcastu Głosy Humanistyki i rozmowy z prof. Marią Mendel z Uniwersytetu Gdańskiego – pedagożki miejsca, badającej tożsamość lokalną mieszkańców. Pani Profesor opowiadała o trudnej historii Gdańska. Punktem wyjścia do jej badań była egzekucja jedenastu oprawców nazistowskich z obozu Stutthof w roku 1946. Ówczesny zarząd sowiecki miasta nagłośnił tę egzekucję, zrobił z niej spektakl, w skutek czego wszyscy mieszkańcy uczestniczyli w niej w charakterze widzów. Wyreżyserowane to było w taki sposób, aby przyczyniło się do zlikwidowania, wymazania poprzednich tożsamości tego miejsca i stworzenia zupełnie nowej tożsamości, nie związanej z historią. Po powieszeniu skazańców tłum rzucił się na nich w rytualnym akcie zemsty i każdy pozabierał sobie jakieś artefakty – kawałki ubrań, sznura, guziki. Ale to, co w afekcie być może wydawało się naturalne, po opadnięciu emocji zaczęło ciążyć. Mieszkańcy wyparli tę część swojego doświadczenia, swój akt agresji. Wokół tych pozabieranych od skazańców artefaktów tworzyły się napięcia, przemilczane, zamknięte w tajemnicy historie. Kolejne pokolenia nie dowiadywały się co oznaczają i skąd pochodzą te artefakty, ale pamięć o historii wydobywała się nieświadomie – dzieci, nie wiadomo dlaczego, bawiły się w wisielców na Pohulance, miejscu egzekucji. Pani Profesor przez kolejne lata prowadziła projekt “Budowanie na (nie)pamięci”, z którego powstała książka “Tożsamość gdańszczan. Budowanie na (nie)pamięci”.

W tym kontekście pomyślałam, że nasza, wrocławska tożsamość, też niejako zbudowana jest na nie-pamięci krzywd tych mieszkańców Niemiec, którzy po wojnie zostali stąd wysiedleni, często pod presją czasu, być może w trudnych okolicznościach. W ich przeżyciu mogło to być dramatyczne, traumatyzujące. Zbieranie dawnych artefaktów po Breslau może być symbolicznie kontaktowaniem się z “cieniem” – tą częścią ludzkiej psychiki, która jest mroczna, trudna, “zła”. I w tym sensie jest aktem odwagi, bo nie każdy przecież jest gotów do tego, aby takie części widzieć w sobie. 

Zdaje się, że osoby, które szukają poniemieckich artefaktów są bardzo krytykowane w pewnych grupach?

AM: Niewygodna jest już sama nazwa Breslau. Zagraża fantazji, że Wrocław zawsze był “nasz” słowiański, oswojony. Bo jeśli dopuścimy myśl, że nie był “nasz”, miał innych mieszkańców, inne języki, to pojawia się pytanie czy kiedykolwiek będzie naprawdę “Nasz”. A może my też jesteśmy tylko kolejną warstwą, kolejnym osadem, który ktoś kiedyś przykryje swoją opowieścią?

Słyszałam kiedyś refleksję pewnej psychoterapeutki, że ci, którzy przyjechali tu ze wschodu, „nigdy się do końca nie rozpakowali”. Żyli trochę na walizkach, jakby zawsze gotowi do kolejnego przymusowego wyjazdu. I może właśnie ta niepewność, to poczucie braku zakorzenienia, zaczęło przenikać do psychiki miasta. Miasto, które pamięta rozstania, ma w sobie delikatne drżenie.

Myślę, że dlatego „Breslau” tak wielu ludziom podnosi puls, bo jest słowem, które uchyla klapę w podłodze, prowadząc do piwnicy. A jednak coś w nas wciąż tam schodzi. Jakbyśmy chcieli zrozumieć, czy to miasto może być domem w pełnym znaczeniu  jeśli nie poznamy tego, co pod spodem.

Czy uważasz, że żeby naprawdę poczuć się „u siebie”, trzeba dotknąć tego, co niewygodne — historii miejsca, historii przodków, historii własnej psychiki? A może poczucie domu można zbudować także nie zaglądając do tych piwnic?

AHB: Jeden z moich superwizorów, Pan Kazimierz Bierzyński, powiedział kiedyś takie zdanie: “Dom jest wszędzie tam, gdzie jesteśmy w pełni”. I tak, tak to rozumiem, że być “u siebie” to być w pełni swojego doświadczenia, w pełni swojej historii i też w pełni człowieczeństwa. Wielowymiarowo. Z dostępem do tych trudnych, zamkniętych w “piwnicach” naszej psychiki doświadczeń i z dostępem do wszystkich emocji i stanów, które są przynależne człowiekowi. Dopiero gdy mogę siebie przyjąć z całym, w gruncie rzeczy niechcianym, bo bardzo trudnym, bagażem, to mogę poczuć się “u siebie” – w swoim ciele i umyśle – jak w bezpiecznym domu. Wtedy, gdziekolwiek ten dom będzie, będziemy czuć się “u siebie”. Co Ty o tym myślisz?

AM: Nic dodać, nic ująć. Myślę, że to dobra puenta naszych rozważań. Mam wrażenie, że dałyśmy się wciągnąć tematowi naszego miasta, jego pamięci,śladów po dawnych mieszkańcach. Z miejscem, które zajmujemy dziś, a które kiedyś należało do kogoś innego. I pytanie, jak my się z tym naprawdę mamy, staje się równie ważne, jak sama historia.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *