Hongkong – makro utkane z mikro

W Europie rzadko patrzymy w górę. Częściej nasz wzrok porusza się po linii horyzontu, między sklepem a przystankiem, między ekranem a filiżanką kawy. W Hongkongu to niemożliwe. Miasto wymusza zmianę perspektywy. Tu wszystko rośnie w pionie. Spacer po ulicach staje się codziennym treningiem unoszenia głowy.

Chińczycy mają ten pion wpisany w ciało. Nawet gdy są zatopieni w telefonach, ich sylwetki pozostają wyprostowane, kręgosłupy elastyczne, ruchy płynne. Nie widać tu ludzi zgarbionych. W ich postawie jest coś z naturalnego porządku – jakby wewnętrzna architektura ciała współbrzmiała z architekturą miasta.

I może właśnie dlatego Hongkong nie przytłacza, mimo że skala jest tu nieludzka. Wieżowce wznoszą się tak wysoko, że przestajemy myśleć o nich jak o dziełach architektury. Zyskują skalę globalną, grają w jednej lidze z morzem, górami i chmurami. W pewnym momencie następuje przeskok w percepcji: z konstrukcji, które mogłyby nas przytłaczać, stają się one częścią pejzażu, jakby naturą innego rodzaju.

Zlewają się w jeden żywy organizm – jak gigantyczna termitiera zbudowana z tego, co człowiek miał pod ręką: szkła, betonu, stali, światła. Z tą samą determinacją, z jaką owady konstruują swoje kolonie, ludzie wznoszą tu własne struktury przetrwania.

W takiej perspektywie miasto nie wydaje się już przeciwieństwem natury, ale jej przedłużeniem – systemem o innym rytmie i materiale, ale z tym samym instynktem budowania, porządkowania, trwania. Hongkong oddycha jak żywe ciało: pulsuje, świeci, rośnie.

Te współczesne termitiery są organicznymi tworami cywilizacji, które przypominają, że człowiek też jest częścią przyrody, posługującym się innym tworzywem.

Drugim żywiołem Hongkongu są ludzie, ich ogromna ilość. W centrum Hongkongu człowiek znika w tłumie, ale tłum nie znika w człowieku.

Zapatrzeni w ekrany, przemieszczają się  jakby każdy miał w sobie wbudowany system czujników, subtelnych sensorów bliskości. Jak ciche roboty sprzątające, ale bez mechaniczności – raczej jak organizm, który zna swoje granice i potrafi ich nie naruszać. Jak ławica ryb, która skręca jednocześnie, choć żadna z nich nie zna kierunku. Nie patrzą, a widzą. Nie słyszą, a czują rytm wspólnego ruchu.

W Hongkongu ludzie muszą nauczyć się przetrwać na bardzo niewielkiej przestrzeni. Mieszkania są jak małe, ciasne kokony. Kiedy kuchnie maja wielkość szafy, balkony stają się kroplówką przestrzeni, jedynym miejscem, gdzie można odetchnąć i stworzyć namiastkę własnego świata.

Na kilku metrach kwadratowych toczy się codzienność: suszarka z ubraniami, doniczki z ziołami, mały ołtarzyk, krzesło do porannej herbaty. Każdy balkon to miniaturowa wersja kosmosu – własny, kontrolowany ekosystem, w którym człowiek odzyskuje poczucie proporcji.

W skali makro podobną funkcję pełnią centra handlowe. Ogromne przestrzenie, chłód klimatyzacji przypominający górskie powietrze, delikatne światło imitujące popołudnie. To coś więcej niż konsumpcjonizm, to kompensacja braku przestrzeni. Wchodzisz do centrum i czujesz się przez chwilę jak w innym klimacie, innym świecie.

Wycieczka do Tai O – wioski na palach, z ciasnymi uliczkami i domami niemal przyklejonymi do siebie, z atmosferą mułu, zapachem suszonych ryb, składowiskiem odpadów –  przywołuje niezwykłą historię Kowloon Walled City w Hongkongu — legendarną, nieistniejącą już enklawę, która przez dekady była jednym z najbardziej niezwykłych miejsc na świecie.

Walled City to była betonowa twierdza – plątanina korytarzy, rur, kabli i ludzi. Miasto w mieście. Organizm zbudowany bez planu, bez prawa, bez światła – a jednak tętniący życiem.

Z góry wyglądało jak bryła kamienia, ale z bliska przypominało ciało z nerwami na wierzchu. Tysiące ludzi żyło tu warstwa po warstwie, nikt nie wiedział co się tam naprawdę dzieje, można było się ukryć i nigdy nie zostać odnalezionym.

Walled City nie dało się kontrolować. Nie było planu urbanistycznego, podatków, rejestrów. Były tylko pomysły na przetrwanie. Administracja uznała to miejsce za zagrożenie. W Tai O, choć w znacznie spokojniejszej skali, czuć echo tamtej historii, ten potencjał  rozwiązań  właściwych dla squatów.

W Hongkongu największą zagadką była dla mnie niespodziewanie mała ilość ludzi w atrakcjach przyrodniczych. Szlaki górskie i plaże były niemal puste – zupełnie inaczej, niż można by się spodziewać po tak pięknych miejscach.

Tak jakby natura nie była czymś, w czym się przebywa, odpoczywa, regeneruje. Gdyby w Polsce istniał szlak Dragon’s Back czy plaża Shek O, tłumy sunęłyby tam jak nad Bałtykiem lub w Tatrach od kwietnia do października.

Po drodze spotkaliśmy tylko kilka osób i większość z nich wyglądała jakby przyszła w innym celu. Dużą grupę stanowiły kobiety, które wykorzystały przestrzeń do stylizowanych sesji fotograficznych. Przez kwadranse pozowały do zdjęć, potem pracowicie sprawdzały efekty w telefonach i powtarzały cały proces kilkanaście razy. Cała energia szlaku, otwarte widoki była przez nich użyta do „ustawiania kadru” .

Symbolicznie znalazło to swoje rozwinięcie w Makau, gdzie przed ocalałą fasadą zabytkowego kościoła kłębił się tłum wykonujący fotki i selfiki. Współbrzmienie ludzkiej i architektonicznej fasady miało swój groteskowy wydźwięk. Cały kościół być może nie byłby tak interesujący jak zachowana fasada.

Hongkong jest intensywnym miastem, pozornie chaotycznym, miastem, które nigdy nie zasypia. Nieustannie toczy się w rytmie milionów swoich mieszkańców. Rozległe place budowy, domy handlowe, drobne usługi w garażach, kasyna w Makau obsadzone przez seniorów z sąsiedztwa – każda potrzeba, każda przestrzeń staje się impulsem do ruchu, który nigdy nie ustaje.

Fot: Anna Mazurczyk, Wojtek Pomorski.

fot. Walled City pochodzi z Wikipedii.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *