
Nie mogę przestać słuchać tego utworu ani oderwać wzroku od magnetycznego tańca, który w „Mauvaise journée” staje się wizualnym zapisem walki z grawitacją własnego istnienia.
Stromae nie śpiewa po prostu o „złym dniu”, on zaprasza codzienny marazm na salony.
Trójka tancerzy porusza się w sposób przypominający taniec marionetek. Ich ruchy są rwane, niepewne, jakby ktoś pociągał za niewidzialne sznurki zmęczenia. Ciała wydają się bezwładne, a jednak każdy gest pozostaje wycyzelowany, ozdobny, wręcz przestylizowany. Ta choreografia niesie ze sobą niezwykle inspirujący, choć przewrotny przekaz: „Skoro i tak nie mam siły wstać, niech mój upadek będzie chociaż widowiskowy”. Wszystko to w lekkim humorystyczno – ironicznym tonie.
Stromae bez cienia wstydu śpiewa o tym, że nawet „kupa mu nie wyszła”. Używa języka potocznego, chwilami brutalnego, ale osadza go w tak precyzyjnym rytmie, że całość nabiera niemal „rokokowej” elegancji. Gdy słyszymy: „Nie chce mi się, jestem wykończony… gapię się w sufit od godziny… nie mam szacunku nawet dla własnej nieczystości”, dotykamy momentu regresji do fazy narcystycznej. To ten stan, w którym jedyną istotną rzeczą na świecie staje się nasz własny dyskomfort. Stromae czyni z tej niemocy stan niemal luksusowy, pozwalając nam celebrować bycie „małym i bezradnym” w sposób intelektualnie stymulujący. On mówi nam, że moment, w którym siedzisz w gaciach i gapisz się w ścianę, nie jest błędem systemu. To jest sztuka. To niemal arystokratyczne prawo do rozsypki.
U Stromae melancholia odzyskuje swoją dawną rangę, staje się wyrafinowaną nudą (ennui), która od wieków była domeną arystokracji ducha. Bycie w rozsypce staje się najbardziej wykwintną rzeczą, jaką dziś zrobiliśmy.
Niemal identyczne napięcie między bezradnością a estetycznym wyrafinowaniem znajdujemy w filmie „Biedne istoty” (Poor Things). Tam również to, co cielesne, surowe i chwilami niezręczne, zostaje ujęte w ramy niezwykle świadomej formy. Bella Baxter, podobnie jak tancerze Stromae, porusza się w sposób „nieskalibrowany”. Jej ciało to biologiczna maszyna, która psuje się, śmierdzi i zawodzi pod warstwą pudru i gorsetów. To ta sama „usterka” w ruchu, która jest niesamowicie fotogeniczna. Obaj twórcy pokazują nam tę prawdę w sposób tak wykwintny, że zamiast odrazy, czujemy czysty zachwyt.
Estetyzowanie nieporadności może być głęboką psychologiczną reakcją na dyktaturę doskonałości. Stromae i Lanthimos budują nową definicję godności. Przyznanie się do własnej „niesprawności” – czy to fizycznej, czy emocjonalnej – nie musi być upokarzające. Stromae – bierze wstyd i robi z niego biżuterię. Nadanie wyrafinowanej formy naszemu chaosowi jest aktem najwyższej kontroli, jest, momentami zabawną, estetyzacją niemocy.
Fot. pochodzi z teledysku : https://www.youtube.com/watch?v=GNz9z5gDTjU&list=RDz5SHvh-X1qA&index=2




Dodaj komentarz